Trop drugi: misja

Przekonanie większości pracowników sektora kultury o misyjności zawodu przekłada się bezpośrednio na ich pracę: sposób jej postrzegania, traktowania i podchodzenia do delegowanych zadań. Nierzadko nawet na jej wymiar. I to w zasadzie nie powinno nikogo dziwić skoro są oni poniekąd “skazani na” wykonywanie zadań zgodnie z określoną i przyjętą misją instytucji, w której pracują. Instytucje kultury zobowiązane są bowiem nie tylko do jej opracowania, ale i przestrzegania. Znacie to pewnie z autopsji.

Tylko czy nie odnosicie wrażenia, że to w niezwykle silny sposób rzutuje na postrzeganie siebie w tej całej układance? Czy na swojej drodze zawodowej nie spotkaliście przypadkiem misjonarek i misjonarzy kultury oddających się jej bezgranicznie? A może sami nimi jesteście? Czy nie jest bowiem tak, że osoby wykonujące zawód animatora czy też organizatora kultury, kierując się przekonaniem, że całe ich życie musi być związane z ową misją, same korygują swoje zachowania i kierują myślenie o sobie na złe tory?

I co ze wspomnianym wcześniej wymiarem pracy? Nie wydaje Wam się, że sama misja czy raczej to “poczucie misji” rzutuje w dużej mierze nie tylko na nasze życie zawodowe, ale i prywatne?

Ogrom pytań. Poszukajmy więc wspólnie odpowiedzi.

Od pierwszych dni pracy w kulturze, a nierzadko i studiów kierunkowych pracownikom tego sektora wpajane jest poczucie wyjątkowości i “misyjności wykonywanego zawodu”. Oczywiście wszyscy doskonale zdajemy sobie sprawę z faktu, iż tego zawodu nie może wykonywać każdy, ale musimy sobie uzmysłowić że bazowanie tylko i wyłącznie na takich stwierdzeniach może przyczynić się do utrwalania w nas pewnych przekonań i schematów postępowania z którymi możemy mieć w późniejszym czasie naprawdę ogromny problem. 

Wypalenie zawodowe dotyka bowiem osób, które bardzo angażują się w swoją pracę albo tych, które wręcz utożsamiają się ze swoją pracą, potocznie określanych mianem pracoholików. Na zespół wypalenia zawodowego szczególnie narażone są też osoby nadwrażliwe, samotne i bierne. 

Rozpoczynając ten projekt myślałam głównie o bierności i braku szybkiego reagowania. Chciałabym aby efektem “Kultury wypalenia” było stworzenie pewnego rodzaju kompendium wiedzy i wypracowanie pewnych rozwiązań czy też strategii na radzenie sobie z tym problemem. 

Wydaje się oczywistym, że emocjonalne angażowanie się w każdą inicjatywę zawodową, poświęcanie na jej rzecz siebie, rodziny, zdrowia nie może skończyć się happy endem. Ale tak nie jest. Ilość osób, które doświadczyły czy też doświadczają syndromu wypalenia i piszą do mnie jest wręcz przerażająca. A piszą osoby, które mają czy też miały duże poczucie misji.

Misja którą stawia przed nami społeczeństwo, kadra zarządzająca oraz my sami nie pozwala nam odetchnąć. Misja przyświeca naszej pracy. Misja towarzyszy na każdym kroku naszego życia.

Szukając artykułów poświęconych wspomnianej misyjności kultury trafiłam na ciekawą wypowiedź byłego Ministra Kultury w rządzie Leszka Millera, Waldemara Dąbrowskiego

Misyjność instytucji kultury jest dla mnie zagadnieniem absolutnie fundamentalnym. Wynika ono z faktu nadzwyczajnego skoncentrowania pod jednym dachem myśli, emocji i talentu, po to, żeby inni ludzie, którzy tu przychodzą, mogli przeżyć taki moment zawieszenia w czasie, który pozwoli im uporządkować swoje myśli, oderwać się od sytuacji bieżącej i ustalić aspiracje na poziomie pewnego ideału.

Nie chcę w żaden sposób podważać tego zdania, jest mi nawet chwilami bardzo bliskie, ale zwróćcie proszę uwagę na sposób w jaki może być ono interpretowane i odczytywane, a potem i używane. Jak bardzo rzutuje ono na sposób postrzegania wykonywanej pracy animatora kultury, pracownika instytucji publicznej, artysty. Jak bardzo utrwala w nas dziwne przekonanie o wyjątkowości wykonywanego zawodu.

A żeby było mało sięgnijmy tym razem do kilku podręczników z zarządzania kulturą. I tak oto dowiadujemy się m.in. że “misją instytucji powinni przejąć się wszyscy” i powinna być tworzona przez cały zespół.

“Sformułowanie misji (…) nie należy tylko do kierownictwa, jednak to ono powinno dążyć do jej powstania. Dobrą praktyką jest zaproszenie do prac nad misją reprezentatywnego dla całej organizacji zespołu szeregowych pracowników. Takie obdarzenie ich współodpowiedzialnością jest swego rodzaju formą uznania i czynnikiem motywującym. Ich opinie, pomysły i potencjał, jako funkcjonujących wewnątrz organizacji specjalistów posiadających inną perspektywę niż kadry kierownicze, są niezbędne do zwrócenia uwagi na istotne kwestie, a tym samym trafnego określenia misji. Nie bez znaczenia są również (…) więzi nieformalne oraz fakt, że kierownictwo kiedyś się zmieni, natomiast misja i część personelu pozostaną. Ponadto udział pracowników w tworzeniu deklaracji rozwija wśród nich świadomość znaczenia i wartości instytucji oraz odgrywanej w nim przez nich roli, a po zakończeniu prac zwiększa utożsamienie z misją, gwarantując jej wewnętrzną akceptację, poparcie oraz zrozumienie dla samej idei i konieczne zaangażowanie w realizację.”

Nie wiemy jak Wy drogie czytelniczki i czytelnicy, ale moją uwagę przykuło kilka zdań i określeń. 

Takie obdarzenie ich współodpowiedzialnością jest swego rodzaju formą uznania i czynnikiem motywującym

zwiększa utożsamienie z misją, gwarantując jej wewnętrzną akceptację, poparcie oraz zrozumienie dla samej idei i konieczne zaangażowanie w realizację.”

Z jednej strony to zrozumiałe, oczywiste, ale z drugiej – czy nie bywa elementem nadużyć? Czy kadra zarządzająca wymagająca od pracownika zbyt wiele na pewno odniesie sukces?

Często i my sami tego nadużywamy. Granica między zaangażowaniem a spalaniem się jest bowiem bardzo cienka. Pracoholizmu często nie wychwytujemy, wydaje nam się, że jesteśmy dobrymi pracownikami poważnie traktującymi wykonywany zawód. I tyle.

I tak oto z pełnym przekonaniem co do misji przystępujemy do pracy. Do kolejnego niezwykle ważnego projektu. Do ocalania dziedzictwa narodowego. Do kolejnego zadania na wczoraj. Do organizacji kolejnego wydarzenia bez budżetu. Do udzielenia pomocy artystom, którzy często chociaż “trudni” w obsłudze, odbiorze i współpracy potrzebują odbiorców, potrzebują mecenatu by spełniać swoje powołanie, by spełniać się w swoim jestestwie. Podejmujemy pierwszą, drugą i kolejną próbą – mając tę misję w głowie, równocześnie zrzucając swe  potrzeby na dalszy plan. 

Ale o potrzebach napiszę już kolejnym razem.

Trop pierwszy: praca dla idei

We wcześniejszym wpisie zachęcałam Was do zapoznania się z felietonami poświęconymi obciążeniu pracą aktywistyczną i społeczną. Marta Trawińska, jedna z przytaczanych przeze mnie autorek zauważa, że aktywistki i aktywiści często z powodu mocnego emocjonalnego zaangażowania zaczynają wpadać w pułapkę “pracy dla idei”.

Pewne psychologiczne oprzyrządowanie może automatycznie lokować ludzi aktywnych w grupie ryzyka. Przykłady takich cech to między innymi silna wewnętrzna motywacja i wiara w konieczność zmiany świata czy skłonność do pracoholizmu.

Co ważne: “Jeśli (…) trafimy z tym oprzyrządowaniem w specyficzną kulturę działactwa, będziemy zdecydowanie bardziej podatne i podatni na pracowanie w drenujący nas sposób.” 

A jak to jest z osobami z sektora kreatywnego? Animatorkami i animatorami, edukatorkami i edukatorami, organizatorami i organizatorami pracy artystycznej? Jak przełożyć to na świat kultury? Czy nie macie wrażenia, że jest całkiem podobnie? Czy często nie pracujemy w drenujący nas sposób?

Co wiedzie nas zatem do wypalenia? I czym jest owa “praca dla idei” w kontekście kultury?

Według “Wielkiego słownika Języka Polskiego” „dla idei” oznacza: kierując się wyznawanymi wartościami i poglądami oraz mając na względzie wyższe cele niż osiągnięcie korzyści materialnej.

I przy tym warto zatrzymać się na dłużej. Jak można bowiem mówić o pracy nie uwzględniając aspektu finansowego. Czy da się w ogóle pracować dla idei?

Mimo, że zewsząd dobiegają nas niepokojące wypowiedzi osób z pierwszych stron gazet, celebrytów, spadkobierców, ludzi sukcesu (osób uprzywilejowanych), które twierdzą, że najważniejszym celem pracy nie powinna być gratyfikacja finansowa (odsyłam do dosyć ostrego komentarza Emilii Wyciślak dot. wypowiedzi Martyny Wojciechowskiej) tak wcale nie jest. I tak być nie może. Ważne by o tym przypominać i walczyć z tak krzywdzącymi wypowiedziami pojawiającymi się w przestrzeni publicznej. Takie opinie i wypowiedzi niosą ze sobą poważne konsekwencje i z pewnością mają wpływ również na osoby doświadczające wypalenia zawodowego.

Pracować dla idei nie można. Praca to konkretne obciążenie, wzięcie pełnej odpowiedzialności za swoje działanie. W pracy oczekuje się od nas profesjonalizmu, doświadczenia, wykształcenia i konkretnych umiejętności. Za wykonaną pracę przysługuje też zarobek oraz odpoczynek. Wszystko to konkretyzuje prawo, nie ludzkie opinie. I to jest najważniejsza kwestia, o której “kulturowi ideoowcy” zdają się zapominać.

Ludzie pracujący w sektorze kultury często nie potrafią zadbać o swój dobrostan i jasno postawić warunków współpracy. Często godzą się na tzw. “wolontariat” etc.

Podejrzewam, że i Ty droga czytelniczko, drogi czytelniku nie raz godziłeś się na wykonanie pracy dla wpisu w CV lub też dla „wyższego dobra” albo dlatego, że ktoś Cię do tego namówił. Opowiedział o pięknej idei, która za tym projektem się kryje. “To dla dzieci, żeby nie nudziły się w wakacje!”.“Dzięki Twojej pomocy i zaangażowaniu w końcu coś będzie się tu działo”. „Wiem, że chciałeś wyjść o stałej porze, ale musimy to zrobić, przecież nie możemy zawieźć naszej publiczności” (nadgodziny być może będą kiedyś do wybrania). “No nie stać nas na tłumacza, wiesz… a Ty kończyłaś kurs, dasz radę to zrobić”. „Nie mamy budżetu na grafika, ale są przecież jakieś darmowe programy, opanujesz to na pewno, będziemy mieć fajną grafikę a Ty nowe skille”.

 A co z nabytymi przez lata umiejętnościami, wiedzą i doświadczeniem? Kompetencjami miękkimi? Poświęconym czasem? Zastanawiałaś/eś się kiedyś nad tym? Przecież trzeba doceniać siebie i swoje osiągnięcia. Trzeba też uświadamiać wszystkim dookoła, że tego zawodu NIE MOŻE WYKONYWAĆ KAŻDY. I że posiadanego doświadczenia nie nabyłaś/eś jednego dnia. I że nawet najlepszy menadżer nie może zarządzać instytucją kultury nie posiadając ”tego czegoś” (nazywam to po prostu “wrażliwością”).

Ponadto często drażniące jest dla idealistów zderzenie z osobami, które przybyły już tę drogę i potrafią wytyczyć granice, postawić twarde warunki. Czy i Ciebie chociaż raz nie rozzłościło nieodbieranie komórki służbowej po pracy przez osobę na której decyzję lub pomoc czekasz? Albo nie zwlekanie danej osoby z odpisaniem na Twojego arcyważnego mejla? ”No jak mógł pójść na urlop i nie zabrać ze sobą telefonu?” “Ona jest niepoważna, odebrała i powiedziała mi, że teraz jest już po pracy, więc odezwie się dopiero jutro, a przecież wszyscy czekają”. Czy chociaż raz nie pomyślałaś/eś, że świat się zawali gdy ten ktoś od razu nie odpowie? Miałaś/eś rak? I czy na pewno ten świat się zawalił?

Z moich obserwacji wynika, że takie postępowanie nie jest dobrze postrzegane przez środowisko (albo uściślijmy: środowisko ideowców). Padające frazy zbyt często są nie do zaakceptowania “No jak to? Jak może nie odbierać ode mnie telefonu skoro jutro mamy premierę? Jak może olewać to wydarzenie? Czemu nie widać w nim zaangażowania albo kończy się ono o godzinie 16.00?”

Robić coś dla idei to znaczy chcieć zmiany fundamentalnej, bazować na wyższych wartościach.

Jakiś czas temu w rozmowie ze znajomą realizującą naprawdę niemożliwy projekt (poniekąd pionierski, ale może bardziej realizowany w niesprzyjającej atmosferze, pełny niedopowiedzeń i znaków zapytania) usłyszałam, że mimo tych trudności, ogromnego poświęcenia a co za tym idzie również i zmęczenia “bardzo ją to kręci”. I to był moment dla mnie przełomowy, moment olśnienia/ocknięcia się, pewien sygnał – to pociągnęło mnie dalej w kierunku eksplorowania tematu wypalenia zawodowego. Zaświeciła mi się wtedy lampka. Ona spalała się dla idei. Na wernisaż owszem może i przyjdą ludzie, może ktoś się wzruszy, może ktoś przekona do sztuki współczesnej i kto wie: może to dzieło zapisze się nawet w kartach historii? Tylko co dalej?

Czy naprawdę usłyszałam, że ten niemożliwy projekt wart jest tego wszystkiego? Tak ogromnego poświęcenia i przyjęcia na siebie takiego ogromu pracy, stresy i zobowiązań?/nieprzespanych nocy? rezygnacji z wszystkiego innego? Zwłaszcza, że od pierwszych chwil jego realizacji natrafia się na kłody rzucane z każdej strony: galerii, dyrekcji, artysty, podwykonawcy, realizacja projektu nie mieści się de facto w budżecie, dzieło powstać ma z nieistniejących jeszcze materiałów, lokalizacja wystawy jest bardzo problematyczna, a ilość kwestii formalnych do załatwienia horrendalna? I jakby było tego mało trudność realizacji wynika z faktu rozmowy w 3 językach między wszystkimi zaangażowanymi stronami. 

Znając życie po wszystkim usłyszę od niej: “było warto”. Było warto nie spać, przeżywać ogromny stres i samemu narażać się na tak duże obciążenie. To jak z himalaistami. Ekscytujące, pociągające, nakręcające zadanie, piękne wartości, poświęcenie warte wszystkiego, bo ważna jest IDEA.

Prezentowane przez pracowników kultury postawy wobec świata i życia, i ich silna wola owszem często pozwala działać, robić, walczyć, tworzyć wielkie dzieła. Pozwala produkować świetne wydarzenia. Nierzadko za tym ogromnym poświęceniem nie idzie nawet poklask, bo wrodzona skromność nie pozwala się chwalić. Gdy jest się producentem, koordynatorem wydarzenia, stoi się przecież w cieniu artysty, kuratora, twórcy. Często za tym ogromnym poświęceniem nie idzie nawet gratyfikacja pieniężna, bo w kulturze przecież się nie zarabia (nie mam na myśli wynagrodzenia np. artysty). Towarzyszy im jednak poczucie realizacji niemożliwego. Ten projekt/to wydarzenie było ważne dla całej społeczności, ba, dla świata całego. I nawet jeśli to nie do końca prawda – nieważne, dałam/em z siebie wszystko i doprowadziłam/em to dzieło do końca.  Nawet mimo tego, że po drodze zagubił się sens – bo nie zawsze ten projekt spełnia potrzeby czy też odpowiada na potrzeby widowni/odbiorców, a jedynie samego artysty czy też kuratora. 

To prawie jak z bohaterami “Siłaczki” Stefana Żeromskiego – to co łączy Brzozowską z Obareckim to silne przekonanie, że ich mocne zaangażowanie przełoży się na wysoki poziom rozwoju cywilizacyjnego, kulturalnego całego społeczeństwa.