Trop pierwszy: praca dla idei

We wcześniejszym wpisie zachęcałam Was do zapoznania się z felietonami poświęconymi obciążeniu pracą aktywistyczną i społeczną. Marta Trawińska, jedna z przytaczanych przeze mnie autorek zauważa, że aktywistki i aktywiści często z powodu mocnego emocjonalnego zaangażowania zaczynają wpadać w pułapkę “pracy dla idei”.

Pewne psychologiczne oprzyrządowanie może automatycznie lokować ludzi aktywnych w grupie ryzyka. Przykłady takich cech to między innymi silna wewnętrzna motywacja i wiara w konieczność zmiany świata czy skłonność do pracoholizmu.

Co ważne: “Jeśli (…) trafimy z tym oprzyrządowaniem w specyficzną kulturę działactwa, będziemy zdecydowanie bardziej podatne i podatni na pracowanie w drenujący nas sposób.” 

A jak to jest z osobami z sektora kreatywnego? Animatorkami i animatorami, edukatorkami i edukatorami, organizatorami i organizatorami pracy artystycznej? Jak przełożyć to na świat kultury? Czy nie macie wrażenia, że jest całkiem podobnie? Czy często nie pracujemy w drenujący nas sposób?

Co wiedzie nas zatem do wypalenia? I czym jest owa “praca dla idei” w kontekście kultury?

Według “Wielkiego słownika Języka Polskiego” „dla idei” oznacza: kierując się wyznawanymi wartościami i poglądami oraz mając na względzie wyższe cele niż osiągnięcie korzyści materialnej.

I przy tym warto zatrzymać się na dłużej. Jak można bowiem mówić o pracy nie uwzględniając aspektu finansowego. Czy da się w ogóle pracować dla idei?

Mimo, że zewsząd dobiegają nas niepokojące wypowiedzi osób z pierwszych stron gazet, celebrytów, spadkobierców, ludzi sukcesu (osób uprzywilejowanych), które twierdzą, że najważniejszym celem pracy nie powinna być gratyfikacja finansowa (odsyłam do dosyć ostrego komentarza Emilii Wyciślak dot. wypowiedzi Martyny Wojciechowskiej) tak wcale nie jest. I tak być nie może. Ważne by o tym przypominać i walczyć z tak krzywdzącymi wypowiedziami pojawiającymi się w przestrzeni publicznej. Takie opinie i wypowiedzi niosą ze sobą poważne konsekwencje i z pewnością mają wpływ również na osoby doświadczające wypalenia zawodowego.

Pracować dla idei nie można. Praca to konkretne obciążenie, wzięcie pełnej odpowiedzialności za swoje działanie. W pracy oczekuje się od nas profesjonalizmu, doświadczenia, wykształcenia i konkretnych umiejętności. Za wykonaną pracę przysługuje też zarobek oraz odpoczynek. Wszystko to konkretyzuje prawo, nie ludzkie opinie. I to jest najważniejsza kwestia, o której “kulturowi ideoowcy” zdają się zapominać.

Ludzie pracujący w sektorze kultury często nie potrafią zadbać o swój dobrostan i jasno postawić warunków współpracy. Często godzą się na tzw. “wolontariat” etc.

Podejrzewam, że i Ty droga czytelniczko, drogi czytelniku nie raz godziłeś się na wykonanie pracy dla wpisu w CV lub też dla „wyższego dobra” albo dlatego, że ktoś Cię do tego namówił. Opowiedział o pięknej idei, która za tym projektem się kryje. “To dla dzieci, żeby nie nudziły się w wakacje!”.“Dzięki Twojej pomocy i zaangażowaniu w końcu coś będzie się tu działo”. „Wiem, że chciałeś wyjść o stałej porze, ale musimy to zrobić, przecież nie możemy zawieźć naszej publiczności” (nadgodziny być może będą kiedyś do wybrania). “No nie stać nas na tłumacza, wiesz… a Ty kończyłaś kurs, dasz radę to zrobić”. „Nie mamy budżetu na grafika, ale są przecież jakieś darmowe programy, opanujesz to na pewno, będziemy mieć fajną grafikę a Ty nowe skille”.

 A co z nabytymi przez lata umiejętnościami, wiedzą i doświadczeniem? Kompetencjami miękkimi? Poświęconym czasem? Zastanawiałaś/eś się kiedyś nad tym? Przecież trzeba doceniać siebie i swoje osiągnięcia. Trzeba też uświadamiać wszystkim dookoła, że tego zawodu NIE MOŻE WYKONYWAĆ KAŻDY. I że posiadanego doświadczenia nie nabyłaś/eś jednego dnia. I że nawet najlepszy menadżer nie może zarządzać instytucją kultury nie posiadając ”tego czegoś” (nazywam to po prostu “wrażliwością”).

Ponadto często drażniące jest dla idealistów zderzenie z osobami, które przybyły już tę drogę i potrafią wytyczyć granice, postawić twarde warunki. Czy i Ciebie chociaż raz nie rozzłościło nieodbieranie komórki służbowej po pracy przez osobę na której decyzję lub pomoc czekasz? Albo nie zwlekanie danej osoby z odpisaniem na Twojego arcyważnego mejla? ”No jak mógł pójść na urlop i nie zabrać ze sobą telefonu?” “Ona jest niepoważna, odebrała i powiedziała mi, że teraz jest już po pracy, więc odezwie się dopiero jutro, a przecież wszyscy czekają”. Czy chociaż raz nie pomyślałaś/eś, że świat się zawali gdy ten ktoś od razu nie odpowie? Miałaś/eś rak? I czy na pewno ten świat się zawalił?

Z moich obserwacji wynika, że takie postępowanie nie jest dobrze postrzegane przez środowisko (albo uściślijmy: środowisko ideowców). Padające frazy zbyt często są nie do zaakceptowania “No jak to? Jak może nie odbierać ode mnie telefonu skoro jutro mamy premierę? Jak może olewać to wydarzenie? Czemu nie widać w nim zaangażowania albo kończy się ono o godzinie 16.00?”

Robić coś dla idei to znaczy chcieć zmiany fundamentalnej, bazować na wyższych wartościach.

Jakiś czas temu w rozmowie ze znajomą realizującą naprawdę niemożliwy projekt (poniekąd pionierski, ale może bardziej realizowany w niesprzyjającej atmosferze, pełny niedopowiedzeń i znaków zapytania) usłyszałam, że mimo tych trudności, ogromnego poświęcenia a co za tym idzie również i zmęczenia “bardzo ją to kręci”. I to był moment dla mnie przełomowy, moment olśnienia/ocknięcia się, pewien sygnał – to pociągnęło mnie dalej w kierunku eksplorowania tematu wypalenia zawodowego. Zaświeciła mi się wtedy lampka. Ona spalała się dla idei. Na wernisaż owszem może i przyjdą ludzie, może ktoś się wzruszy, może ktoś przekona do sztuki współczesnej i kto wie: może to dzieło zapisze się nawet w kartach historii? Tylko co dalej?

Czy naprawdę usłyszałam, że ten niemożliwy projekt wart jest tego wszystkiego? Tak ogromnego poświęcenia i przyjęcia na siebie takiego ogromu pracy, stresy i zobowiązań?/nieprzespanych nocy? rezygnacji z wszystkiego innego? Zwłaszcza, że od pierwszych chwil jego realizacji natrafia się na kłody rzucane z każdej strony: galerii, dyrekcji, artysty, podwykonawcy, realizacja projektu nie mieści się de facto w budżecie, dzieło powstać ma z nieistniejących jeszcze materiałów, lokalizacja wystawy jest bardzo problematyczna, a ilość kwestii formalnych do załatwienia horrendalna? I jakby było tego mało trudność realizacji wynika z faktu rozmowy w 3 językach między wszystkimi zaangażowanymi stronami. 

Znając życie po wszystkim usłyszę od niej: “było warto”. Było warto nie spać, przeżywać ogromny stres i samemu narażać się na tak duże obciążenie. To jak z himalaistami. Ekscytujące, pociągające, nakręcające zadanie, piękne wartości, poświęcenie warte wszystkiego, bo ważna jest IDEA.

Prezentowane przez pracowników kultury postawy wobec świata i życia, i ich silna wola owszem często pozwala działać, robić, walczyć, tworzyć wielkie dzieła. Pozwala produkować świetne wydarzenia. Nierzadko za tym ogromnym poświęceniem nie idzie nawet poklask, bo wrodzona skromność nie pozwala się chwalić. Gdy jest się producentem, koordynatorem wydarzenia, stoi się przecież w cieniu artysty, kuratora, twórcy. Często za tym ogromnym poświęceniem nie idzie nawet gratyfikacja pieniężna, bo w kulturze przecież się nie zarabia (nie mam na myśli wynagrodzenia np. artysty). Towarzyszy im jednak poczucie realizacji niemożliwego. Ten projekt/to wydarzenie było ważne dla całej społeczności, ba, dla świata całego. I nawet jeśli to nie do końca prawda – nieważne, dałam/em z siebie wszystko i doprowadziłam/em to dzieło do końca.  Nawet mimo tego, że po drodze zagubił się sens – bo nie zawsze ten projekt spełnia potrzeby czy też odpowiada na potrzeby widowni/odbiorców, a jedynie samego artysty czy też kuratora. 

To prawie jak z bohaterami “Siłaczki” Stefana Żeromskiego – to co łączy Brzozowską z Obareckim to silne przekonanie, że ich mocne zaangażowanie przełoży się na wysoki poziom rozwoju cywilizacyjnego, kulturalnego całego społeczeństwa.